The Game – L.A.X.
The Game to raper tyleż denerwujący co ciekawy. Odkryty niegdyś przez Dr. Dre i wypromowany przez 50 Centa – teraz, w 2008 roku, zasługuje chyba na miano najbardziej nielojalnego wykonawcy hiphopowego XXI wieku. Można tu wspomnieć chociażby kampanię „G-Unot”, dzięki której część „fanów” dała się przekonać, że The Game jest od swego oponenta „bardziej prawdziwy”, co do dziś może wywoływać jedynie uśmiech politowania. W ostatnim czasie raper jednak nie zwolnił tempa. Próba sztucznego wywołania beefu z Jayem-Z, czy krytyka drugiego z mentorów – Dr. Dre – to tylko pierwsze z brzegu przykłady potwierdzające tezę o nielojalności, wywołanej w tym przypadku oczywistą chęcią zwiększenia zysków. Nic tak bowiem nie poprawia sprzedaży jak kontrowersje i Game wydaje się być raperem, który wie o tym najlepiej. Wszystkie te wydarzenia nie muszą mieć jednak wpływu na wartość samego albumu, więc po raz kolejny postaram się skupić wyłącznie na aspekcie artystycznym wydawnictwa.
L.A.X jest trzecią oficjalną płytą w dorobku The Game’a. Artysta osiągnął ogromny sukces wraz z debiutem z 2005 roku, zatytułowanym The Documentary. Rok później powrócił z płytą Doctor’s Advocate, która, choć sprzedała się nieźle, to zdecydowanie poniżej oczekiwań. Jako, że Game jest artystą, który wydaje się mieć potrzebę udowadniania swej wartości całemu światu przy okazji każdego niemalże wypowiadanego zdania, tym większa presja ciąży na albumie L.A.X. Czy artysta sprostał oczekiwaniom? Wydaje się, że co najwyżej połowicznie.
The Game podchodzi do swojej kariery jak doświadczony gracz, planując ruchy i tworząc strategię niczym bywalec casino – tu również gra ma swoją strategię. Sporo wątpliwości co do zawartości krążka po raz kolejny wywołały u mnie single. Pierwszy z nich, zatytułowany Game’s Pain to oparty na przesłodzonym i nudnym podkładzie numer dla gimnazjalistów i groupies rapera. Występująca gościnnie Keyshia Cole jest dodatkowo w wyjątkowo słabej formie i, choć utwór ten został przez wielu z pewnością pokochany, jest to w moim osobistym rankingu faworyt do najgorszego hiphopowego singla roku 2008. Niewiele lepiej było przy okazji kolejnego promującego płytę numeru pt. Dope Boys, w którym co najwyżej średnią nawijkę Game’a wspomagać się starał swą perkusją Travis Barker. Podkład jest tu z kolei przeładowany, a sam autor płyty składa rymy w charakterystyczny dla siebie, pozbawiony większego sensu sposób. Małe nadzieje przyniósł mi natomiast trzeci singiel – My Life. Niesamowity podkład oparty na delikatnym pianinie, ubarwiony urzekającym wręcz refrenem Lil’ Wayne’a, korzystającego już tradycyjnie z pomocy Auto-Tune’a, sprawia, że The Game z kolejnymi co najwyżej średnimi zwrotkami, nie jest w stanie ogólnego, dobrego wrażenia zepsuć. Mimo wszystko, przed przystąpieniem do słuchania L.A.X, przeświadczony byłem, że będę miał do czynienia z płytą tragiczną, jednak tym razem me przewidywania potwierdzenia w faktach nie znalazły.
Jest bowiem na albumie pokaźna grupa numerów, które zasługują na przesłuchanie. Kawał dobrej muzyki dostarcza nam już na otwarcie płyty J. R. Rotem. LAX Files to kolejny, oparty na spokojnym pianinie i zabarwiony przyjemnym dla ucha refrenem numer, na którym The Game dostarcza nam swą agresywną nawijkę i charakterystyczne punchline’y. State of Emergency natomiast to utwór przeznaczony dla ulic LA z produkcją nawiązującą do najlepszych tradycji tego miasta. Gościnny refren Ice Cube’a nic tak naprawdę do tego numeru nie wnosi i wydaje się, że jego obecność ma według Game’a wartość samą w sobie. Po opisanym już My Life i przy szóstym, genialnym utworze, zatytułowanym Money, dopadło mnie z kolei wrażenie, że mam do czynienia z płytą rewelacyjną. Cool & Dre dostarczyli kolejny świetny i klimatyczny podkład z wysamplowaną Betty Wright w refrenie, a sam Game wspiął się w tym numerze chyba na szczyt obecnych możliwości lirycznych. Niestety na tym utworze pozytywne zaskoczenia jakimi raczył mnie autor płyty na dłuższy czas się skończyły. Słaby technicznie, opatrzony dodatkowo niezbyt wymyślnym refrenem Cali Sunshine, eksperymentalny i tym samym przekombinowany Ya Heard, czy oparty na mocnej gitarze, z którą Game zupełnie sobie nie radzi House of Pain – to tylko przykłady, notabene trzech kolejnych numerów, które nie powinny w ogóle powstać, a co dopiero znaleźć się na tak oczekiwanej płycie, jaką jest L.A.X. Utwór Gentleman’s Affair ratuje natomiast jedynie refren – genialnego jak zwykle w kolaboracjach z raperami – Ne-Yo. Te nieudane momenty udaje się raperowi na szczęście zrekompensować. W wielkim stylu powrócił Scott Storch, dostarczając niepozorny, mało przebojowy, lecz niesamowity podkład do numeru Let Us Live. Dodatkowo refren i zwrotka autorstwa Chrisette Michele to małe arcydzieła same w sobie i, choć komercyjny potencjał tracku jest minimalny, mimo wszystko, a może dzięki temu, ten zalicza się do moich faworytów. Produkcja do Never Can Say Goodbye natomiast nieznośne naśladuje manierę producencką Dre’a, co będzie jednak w tym przypadku komplementem dla, bądź co bądź, mało znanego acz doświadczonego Ervina „EP” Pope’a. Prawdziwą ucztę dla ucha zostawił natomiast Game na zakończenie płyty. Chodzi tu o wyróżniający się na albumie tematyką numer Letter to the King, który jego autorowi kradnie jednak bez najmniejszych problemów gościnnie występujący Nas.
Jak dobrze widać, moje opisy utworów ograniczały się w większości do kwestii podkładów, refrenów i gości. Taka też jest ta płyta. Może się podobać jednak zasługa samego Game’a jest znikoma. Jego chropowaty wokal jest niemalże identyczny jak przy okazji pierwszej płyty a i w tekstach ciężko zauważyć jakikolwiek progres. Może to nudzić. Artysta nie wyzbył się dodatkowo denerwującej maniery propsowania wszystkiego co się rusza i nie ma z nim beefu i jest to kwestia, którą raper powinien jak najszybciej wyeliminować. O ile kiedyś takie „pozdrowienia” bywały oparte na ciekawych grach słów i same w sobie dość oryginalne, tak teraz nic do kawałków nie wnoszą oprócz uśmiechu politowania na twarzy odbiorcy. Taki właśnie wywołać może linijka It’s summertime – shout out to Will Smith, czy podwójne nawiązanie do Kanye Westa w My Life (w tym wers then I see my sons and put on that Kanye smile) i jeszcze jedno zaraz potem w Money. Jeśli chodzi o rymy jest Game artystą nierównym. Z jednej strony potrafi od czasu do czasu zachwycić ciekawą konstrukcją słowną, z drugiej sporo jest na L.A.X wersów, które po prostu się nie rymują. Tych słabych lirycznie linijek jest niestety więcej. Jeśli chodzi o tematykę, Game przenosi nas w niebezpieczny świat ulic Los Angeles i dostajemy to czego można się było spodziewać – apologię życia na osiedlach gangów w LA i różnych kwestiach z nimi związanych, przeplataną charakterystycznym dla Game’a braggadocio. Od czasu do czasu artysta zmienia tematykę by poopowiadać o pieniądzach czy zająć się kwestią kobiet. Fajne? Owszem, ale przy pierwszych dwóch przesłuchaniach – później zaczyna być męczące. Trzeba jednak jeszcze zaznaczyć, że Game jest obecnie biznesmenem, który zajmuje się własną karierą, a przede wszystkim rozkręcaniem wytwórni i z gettem ma obecnie niewiele (jeśli cokolwiek) wspólnego. Polecam więc podejść do tekstów rapera z dystansem, a jeśli uświadomimy sobie, że taką tematykę wymusza na artyście konwencja – stają się one o wiele lepiej strawne.
L.A.X nie jest bez wątpienia płytą ani genialną, ani tragiczną. Może być ona uznana przez odbiorców w zależności od upodobań muzycznych za niezłą, średnią lub niespełniającą oczekiwań i tak naprawdę każdy będzie miał rację. Miło jest jednak przenieść się za sprawą muzyki w odległy świat LA i posłuchać rapu na przyzwoitym – wydaje się, że to słowo pasuje do albumu najlepiej – poziomie. Sam Game nie miał w moich oczach nigdy jakiegoś większego potencjału i nie oczekuję, że kiedyś jeszcze mnie zachwyci. Jedno jest pewne – nie można dać się zwieść zapowiedziom, mówiącym jakoby L.A.X była ostatnią płytą rapera z Compton. Przede wszystkim dlatego, że był to oczywisty, powtarzany do znudzenia chwyt marketingowy. Drugi powód wydaje się być jednak ważniejszy – taką płytą jak L.A.X po prostu kariery się nie kończy.
Krzysztof Sacała a.k.a. Mr. Chris
Popularity: 86% [?]

© 2010 RAPGRA.COM | Wszelkie prawa autorskie do materiałów zawartych na stronie rapgra.com i podstronach należą do engage-media.pl w Poznaniu | 
morda gnoje
Komentarz — 29 sierpnia 2010 @ 09:24[...] ta okazała się jednak nieprawdziwą, o czym poinformował sam zainteresowany. Na swoim Twitterze The Game stwierdził, że doniesienia o jego śmierci go rozbawiły, ale liczył jednak na większą [...]
Pingback — 22 czerwca 2010 @ 10:57ja pierdole płyta wymiata słucham jej do dzisiaj. Mr. Chris jebnij sie tak porzadnie w łeb po co pisszesz recenzje jak nie masz pojecia jak powinna wygladac. Masz 23 lata? twierdzisz ze znasz sie na rapie i jarasz sie lil waynem??? daje ci 15 lat a jesli masz wiecej to musisz miec cos z glowa
Komentarz — 18 grudnia 2009 @ 21:57KTO TO PISAŁ LITOŚCI!!! I TAKI KTOŚ PISZE RECENZJE NA TAKIM SERWISIE. JESTEM TUTAJ OD NIE DAWNA ALE WIDZE ZE TO NIE MIEJSCE DLA MNIE. POZAZDROŚCIC ADMINISTRCJI WYBORU REDAKCJI. HAHA
Komentarz — 15 września 2009 @ 18:31no the game jebie kupa a jego album jest gowniany tak jak jego fani ktorzy sa skurwysynami
Komentarz — 30 sierpnia 2009 @ 16:16Co do recenzji to praktycznie w pełni się z nią zgadzam,choć wciąż mam nadzieje,że komercjalizm Game’a zepchnie go na dno by on sam przejrzał na oczy co dałoby mu szanse na stworzenie dzieła,które myślę jest on w stanie stworzyć.
Komentarz — 28 lutego 2009 @ 12:56ps. uważam,że jeśli jest się nielojalnym wobec mentora sprowadza się hiphop ku dnu tym bardziej,że dr.dre wciąż jest pionierem i częścią kultury hiphopu.
ale chujowa recenzja
Komentarz — 30 stycznia 2009 @ 10:40Kuurwa…Co do sporu Gam’a a 50
Komentarz — 10 stycznia 2009 @ 19:34nie będe się wypowiadać,ale Cris nie powinieneś być stronniczy,jeżeli lubisz 50 to pozostaw to sobie…Jeszcze się wiele musisz nauczyć…
Ciąg sie Mr. Chris z takimi recenzjami, jesli chcesz recenzowac to nie badz stronniczy, a najlepiej to zrezygnuj z tego….
Komentarz — 13 listopada 2008 @ 10:01dfd
Komentarz — 15 października 2008 @ 09:02ciekawe czemu jak czytałem tę recenzję to już wiedziałem, że na dole będą same dissy na tego mr. chrisa. Nie będę się wypowiadał na jego temat bo wystarczająco jest już napisane. Jak przesłuchałem początku płyty to nie chciałem słuchać dalej a wiecie czemu ?? bo ciągle słuchałem początkowych kawałków- tak zajebiście mi się podobała! I ciągle uważam, że to zajebisty shit z West Coastu! Pewnie „chris” jest śmierdzącym fanem śmiesznego i bezwartościowego snitch 50 gówna..50 cent był gościem po Get Rich or Die Tryin’ a teraz jest MNIEJ NIŻ GÓWNEM!!! G-U NOOOOOOOOOOOOOOOOOOOTTTTTTTT!!!!!!! The Game – the West Coast Resurector!!!
Komentarz — 6 października 2008 @ 16:39ozZHwv
Komentarz — 22 września 2008 @ 13:29co ty gadasz ziomek ile razy przesluchales te plyte??
Komentarz — 18 września 2008 @ 12:33przeciez to jest klasyk the best of the best a kawalek z raekwon to jest przeciez mistrzostwo swiata to sa dissy na 50 centa i jego gunot ale pewnie jestes fanem 50go i dlatego tak slabo oceniasz te plyte
g-g-g-g-g-g-g-g-g-g u not!!!!!!
zajebista Pyta game’a
Komentarz — 12 września 2008 @ 17:44Zero obiektywizmu w tej recenzji co widać na pierwszy rzut oka. Płyta jest świetna. O połowie numerów nawet nie ma mowy w tych „wypocinach” ;] Płyta Weeziego co ciekawe została rozłożona na części pierwsze i przeanalizowana tak dogłębnie jakby ją pisał sam ginekolog. O dziwo zagraniczne portale mają całkiem inne zdanie o płycie. 5
Komentarz — 12 września 2008 @ 11:57chris to zawsze byl frajer w szarych skarpetkach. tookie rip lamusie hahahahahhaahahahhahahahah.
Komentarz — 8 września 2008 @ 22:48kurwysynku jebany idz sluchaj sobie fiftiego bo jest super good a recenzje to sobie pisz i zachowaj dla siebie na pamiatke albo swoich dzieci zeby pokazac im ze maja ojca ultra debila jak lubisz kurwa pianinka to sie przerzuc na cos innego a nie sluchaj rapu haha i jeszcze piszesz ze my life jest najlepsze na plycie wlasnie jest najslabsze a game’s pain hula w kazdym sklepie z odzieza w nowym jorku z ktorego wrocilem 2 tygodnie temu wiec nie pierdol pizdo jebana z pyrami na ustach ze sie znasz na muzyce bo pewnie skurwysynu jestes z jakichs Wodzilek i chodzisz w butach dc myslac ze najlepszym raperem byl tupak ale to tak jak by ktos pytal bo najbardziej lubisz kurwa fiftiego CHUJ CI NA GROB CWELU ! GGGGGGGGGGGGGGGGGGGGGGGGGGGGGGGGGGGGGGGGGGGGGGGGGGGGGGGGGGGGGGGGGGGGGGGGGGGGGGGGGGGGGGGGGGGGGGGGGGGGGGGGGGGGGGGGGGGGGGGGGGGG U NOT !
Komentarz — 7 września 2008 @ 10:53kurwysynku jebany idz sluchaj sobie fiftiego bo jest super good a recenzje to sobie pisz i zachowaj dla siebie na pamiatke albo swoich dzieci zeby pokazac im ze maja ojca ultra debila jak lubisz kurwa pianinka to sie przerzuc na cos innego a nie sluchaj rapu haha i jeszcze piszesz ze my life jest najlepsze na plycie wlasnie jest najslabsze a game’s pain hula w kazdym sklepie z odzieza w nowym jorku z ktorego wrocilem 2 tygodnie temu wiec nie pierdol pizdo jebana z pyrami na ustach ze sie znasz na muzyce bo pewnie skurwysynu jestes z jakichs Wodzilek i chodzisz w butach dc myslac ze najlepszym raperem byl tupak ale to tak jak by ktos pytal bo najbardziej lubisz kurwa fiftiego CHUJ CI NA GROB CWELU ! GGGGGGGGGGGGGGGGGGGGGGGGGGGGGGGGGGGGGGGGGGGGGGGGGGGGGGGGGGGGGGGGGGGGGGGGGGGGGGGGGGGGGGGGGGGGGGGGGGGGGGGGGGGGGGGGGGGGGGGGGGGG U NOT !
Komentarz — 7 września 2008 @ 10:47błaahahahahaaha =] :) :( ;) :(( ;/ ;o błahahahaahahahahaaaaa. Odłóż długopis.
Komentarz — 7 września 2008 @ 10:34To może nastepnym razem kiedy spotkamy sie na forum przy okazji jakiejs recenzji będzie ona Twojego autorstwa ;]Pozdro
Komentarz — 3 września 2008 @ 23:04A spoko, myślałem, że ze mnie szydzisz :P Nie chcę wyjść też na takiego, co się chwali, że Bóg wie jak zna angielski i slang, ale mam te 17 lat i cały czas się uczę i kumam z tekstów coraz więcej. Szkolny angielski to podstawa żeby cokolwiek zrozumieć – to całkiem oczywiste. A slangu… no cóż, trzeba się uczyć, z kontekstu wyłapywać znaczenia, są strony ze słownikami slangu (o dziwo bardzo, bardzo przydatne) itp. Ja od długiego czasu przesiaduję na zagranicznych forach Hip-Hopowych i nawet czytając co ludzie piszą zaczynam po prostu kumać ocb. Poza tym Game nie jest na tyle skomplikowanym raperem i nie trzeba mieć Bóg wie jakiej znajomości języka żeby go rozkminić… bo z takim Nasem to mam problemy już :)
Komentarz — 3 września 2008 @ 21:48No i chwali się, że przynajmniej STARASZ się rozumieć, bo większość Polaków nawet się nie stara i potem piszą takie bzdurne recenzje jak uczynił to kolega na górze. Im dłużej w tym będziesz siedział, czytał teksty i poświęcisz się temu – tym więcej będziesz rozumiał. Dlatego moim nieodłącznym atrybutem przy słuchaniu muzyki jest słownik ang-pol i online slang dictionary.
A co do tego tekstu to bardzo prosta gra słów: „All we know is rocks and presidents like Mount Rushmore”. Przy czym „rock” w slangu oznacza kokainę sprzedawaną w formie małych kulek (stąd właśnie „rock”). A więc: „Wszystko, co znamy to skały/kokaina i prezydenci jak góra Rushmore” – czyli prosty, ale i pomysłowy punchline :)
Na pierwszy rzut oka chodzi o prezydentów wykutych w skale ale jestem pewien że jest to porównanie do czegoś/kogoś trudno tłumaczyc zdanie wyrwane z kontekstu. Wracając do poprzedniego mojego posta nie miałem na celu podwarzać twojej znajomości angielskiego a jedynie chciałem sie dowiedzieć czy szkolny angielski wystarcza do zrozumienia hip hop’owego tekstu który jest naładowany porównaniami i nie raz skomplikowanymi wyrazami, dlatego szacunek dla tych którzy słuchają amerykanskiego rapu ze zrozumieniem. Ja niestety nie posiadam az tak duzej znajomości języka żeby rozumieć przesłanie podczas słuchania kawałka dlatego ratuje sie zwykłym tłumaczeniem linijek co nie zawsze poktywa się z prawdziwa trescią,ale przynajmniej sie staram zrozumieć o czym nawija gość za którego płyte zapłaciłem 60 zł. Pozdro
Komentarz — 3 września 2008 @ 17:52Większość rozumiem ze słuchu, jak nie rozumiem to pomagam sobie tekstami z internetu. I tak nie rozumiem wszystkiego, bo trzeba znać ich kulturę etc. żeby rozkminić większość metafor, ale generalnie sobie radzę.
Komentarz — 3 września 2008 @ 15:26Skoro już taki mądry jesteś to dam Ci prosty test: „All we know is rocks and presidents like Mount Rushmore” – o co chodzi?
Mojżesz pytanie do Ciebie. Czy rozumiesz tekst kawałka podczas jego słuchania czy tłumaczysz go sobie w translatorze a jeśli to pierwsze to daj jakis namiar gdzie nauczyłeś sie ulicznego angielslkiego bądź „gangsta slangu” Chciałbym sie bardzo dowiedzieć o czym tak zajebiscie nawija Game tylko nie wiem zabardzi jak sie do tego zabrać bo niestety w szkole nie uczyli. Pozdro
Komentarz — 3 września 2008 @ 11:49